Navigation Menu

Translate

Prawa autorskie / Copyright

Prawa autorskie / Copyright

niedziela, 5 maja 2019

Włóczka, której nie lubię

Czy jest włóczka, której Wyszydelkowana nie lubi? A no, zebrałaby się niemała pewnie lista. Najwięcej miejsca zajmowałyby na niej budżetowe akryle, takie jak Kotek i jemu podobne, natomiast jedno tym włóczkom trzeba przyznać — przynajmniej są tanie i łatwo dostępne, dlatego nie skreślam ich od razu, jako że mogą stanowić materiał do nauki dla początkujących.
Jest jednak pewna włóczka, która nie jest ani tania, ani łatwo dostępna, ani dobra. Wiele się po niej spodziewałam i moje nadzieje zostały mocno zawiedzione, dlatego postanowiłam o niej napisać.


Kupiłam ją już jakiś czas temu. Najpierw chyba 10 motków błękitu, potem jeszcze 4 czy 5 bawełny. Sklepu podawać nie zamierzam, bo to, co producent zrobił z dobrze zapowiadającą się włóczką, nie jest przecież jego winą. Dodam, że nie była tania - 18 złotych za motek 50g (ja dorwałam trochę taniej z powodu wyprzedaży koloru).
Kiedy Piumerino firmy Silke wreszcie do mnie dotarła, wciąż nie byłam do niej zrażona. Wydawała się ładna i miękka, chociaż nie tak szlachetna, jak spodziewałam się po 100% merynosie.


Pierwsze wątpliwości pojawiły się, gdy zaczęłam dziergać. Zazwyczaj oczka wychodzą mi w miarę równe, wiadomo - mistrzostwo świata to to nie jest, ale tragicznie też nie wygląda. Tymczasem w dziecięcym sweterku, który wydziergałam jako pierwszy, powstały same krzywulce. Liczyłam, że wyrówna się to podczas blokowania, ale niestety, nie było ani trochę lepiej.


Jako że jestem osobą upartą, nie skreśliłam włóczki od razu, mając przecież niezłe zapasy. Postanowiłam użyć drutów dużo mniejszych, o wiele mniejszych nawet, niż zaleca producent, bodajże 3mm i zrobić czapkę do kompletu. Niestety, ani odrobinę lepiej. Ryż, który wyszedł, wołał o pomstę do nieba. Gdybym zaczęła swoją przygodę z właśnie tą włóczką, niby drogą, taaaak ekskluzywną, uznałabym, że jestem beznadziejną dziewiarką i rzuciła dzierganiem w cholerę.


 Na szczęście trochę doświadczenia już mam, aby wiedzieć, że to nie ze mną coś nie tak, a z włóczką.
Poza nierównymi oczkami, zarzuciłabym naszej Piumerino twardość jak na niby szlachetną wełnę merynosa. Nie gryzie co prawda, ale też nie ma tej charakterystycznej miękkości, a po praniu (w warunkach zalecanych przez producenta) robi się jeszcze bardziej twarda, do tego splot się spłaszcza i wzór nie wygląda już tak atrakcyjne. Wydaje się taka "akrylowa", sztuczna. Mechaci się również ekspresowo, wystarczą 2-3 założenia wydzierganej  rzeczy i pełno na niej kulek.


Może nie jest to najgorsza włóczka, z jakiej w życiu dziergałam, ale ze względu na cenę oraz obiecujący skład, gdy tymczasem napracujemy się i otrzymamy klapę — nie polecam.

środa, 6 lutego 2019

Historia robienia na drutach

Witajcie, kochani! Sesja w pełni, rzuciłam się w wir nauki i pisania prac, i właśnie o tym chciałam Wam dzisiaj napisać. Na pewien bardzo przyjemny przedmiot o nazwie Dzieje kultury europejskiej robiłam na zaliczenie prezentację na temat historii robienia na drutach - Dziewiarstwo ręczne jako element kultury europejskiej. Pomyślałam, że być może dla kogoś temat okaże się ciekawy i z chęcią poczyta, do czego się dokopałam.
Od razu dziękuję też Basi Palewicz-Ryży oraz Agnieszce Chodkowskiej za przesłane materiały.



Starożytność
Jeszcze do niedawna początków historii dziewiarstwa ręcznego badacze dopatrywali się w średniowieczu. Ostatnie odkrycia w postaci wełnianych skarpet, znalezionych na terenie starożytnego Egiptu, wskazują, że sięga ona początków naszej ery.
Nie używano jeszcze typowych dwu drutów, lecz techniki Nalebindingu, dziergano przy pomocy jednego igłodrutu, przeważnie z wełny zwierząt, czasem również z włókien roślinnych.
Co prawda niewiele dzieł przetrwało do dziś z tamtego okresu, ponieważ są to rzeczy raczej nietrwałe, ale na terenie starożytnego Egiptu znaleziono zabytki w postaci dwupalczastych skarpet. Są wykonane tzw. coptic stitch, co można przełożyć jako ścieg koptyjski. Skarpety noszono, ponieważ w Egipcie amplituda temperatur jest ogromna, a noce bardzo zimne, tymczasem bardzo dobrze chroniły one przed mrozem. Wkładano je także zmarłym do grobów.

Średniowiecze
Prawdopodobnie robienie na drutach przywędrowało do Europy ze świata arabskiego. Najstarsze zachowane do dziś dzianiny średniowieczne pochodzą z XII wieku. Początkowo dziergano małe formy, na przykład skarpety, popularne były również rękawiczki używane przez biskupów do prowadzenia liturgii (księża używali rękawic szytych). Wyrabiano je z wełny, jedwabiu, czasem lnu. Już w 800 roku jeden z dokumentów kościelnych, dotyczących inwentarza dobytku, wylicza 16 par takich rękawic.
Im późniejsze średniowiecze, tym więcej zabytków, zrobionych na drutach, odnajdujemy. Przykładem może być jedwabna poduszka, znaleziona w Hiszpanii w grobie księcia Fernando de la Cerda, zmarłego w 1275 roku. Potrafiono już wrabiać wzory za pomocą zmiany koloru włóczki, co fachowo nazywa się techniką żakardową. Zdobnictwo sięgało po przedstawienia orłów, lilii heraldycznych, zamków, kwiatów, rogi poduszki ozdobiono frędzlami.
Źródłem poznania historii dzianiny ręcznej są nie tylko zabytki w postaci fragmentów odzieży, ale w dużej mierze także dzieła malarskie. W tym okresie chętnie przedstawiano osoby święte i boskie podczas dziergania. Sceny z życia Świętej Rodziny czy obrazy Madonny z Dzieciątkiem często pokazują Matkę Boską z pięcioma lub czterema drutami pończoszniczymi w dłoniach. Przykładem może być Madonna robiąca na drutach autorstwa Mistrza Bertrama z 1400-1410 roku.
Powstały organizacje cechowe dziewiarzy, pierwsze pojawiły się w północnej Francji, stały one dość wysoko w organizacji cechowej. W 1514 należeli do 6 najważniejszych cechów paryskich.

XV i XVI wiek
Jest to okres szerokiego rozpowszechnienia tego typu wyrobów. Noszono robione na drutach nakrycia głowy, matki dziergały sukienki dla swych dzieci, rękawice i pończochy. Pończochy z dzianiny dzierganej na drutach nosił chociażby król Anglii, Henryk IV.
Najczęściej dziergano z wełny, na przykład owczej, a także jedwabiu. Aż do XIII wieku największym producentem przędzy wełnianej na świecie była Anglia. Co ciekawe, w średniowieczu i nieco później robótki na drutach wcale nie były domeną kobiet, dziergali również mężczyźni. Twierdzi się nawet, że to oni, a konkretnie rybacy, są twórcami tej metody, gdyż udoskonalali umiejętność splatania sieci.
W XVI wieku była to już umiejętność powszechna. Ręcznie wykonywane pończochy nosił Henryk VIII, co zostało uwiecznione na obrazie Hansa Holbeina Młodszego z 1537 roku. Złoty element na pończosze króla to Order Podwiązki.

W 1589 roku pastor William Lee wynalazł maszynę dziewiarską, która miała zastąpić pracę rąk ludzkich, jednak wtedy nie wzbudziła ona jeszcze zbyt wielkiego zainteresowania. Robienie na drutach dalej miało się dobrze. Szacuje się nawet, że pod koniec XVII wieku rocznie w Anglii i Walii wytwarzano ćwierć miliona par skarpet, przeznaczonych na handel. Stanowiło to źródło utrzymania szczególnie biednych gospodarstw rolnych i rodzin, które miały problem się utrzymać z innych dochodów. Handel ręcznie robionymi dzianinami kwitł aż do schyłku XVIII wieku.

XIX wiek i epoka wiktoriańska
W XIX wieku maszyna dziewiarska zaczęła wchodzić w powszechne użycie, jednak w wielu kręgach wciąż dziewiarstwo ręczne nie wychodziło z mody. Napisano pierwsze książki, będące poradnikami o tej tematyce, a także opracowano sposób na pozyskiwanie przędzy bawełnianej, wytrzymałej i taniej.
Jeśli chodzi o epokę wiktoriańską, czasy panowania królowej Wiktorii były okresem burzliwego rozwoju wszelakich robótek ręcznych. Robienie na drutach weszło na salony i stało się modnym zajęciem dam. Rozwinął się też handel wełną, pochodzącą z Saksonii, którą pozyskiwano z odmiany owiec, zwanej merynosami. Mąż Wiktorii, Albert, pochodził z regionu słynącego z tejże wełny, a królowa była ogromną miłośniczką robótek na drutach.

I wojna światowa
W okresie I wojny światowej dzierganie odzieży dla żołnierzy na froncie stało się sposobem na spędzanie czasu zmartwionych żon i dzieci wojskowych. Zakrawało to o narodową obsesję do tego stopnia, że zachęcano do chwycenia za druty za pomocą plakatów. Służyło to nie tylko fizycznemu zapewnieniu ciepła żołnierzom, ale i odstresowaniu ich rodzinom, a także podniesieniu morale i utrzymaniu pewnego rodzaju więzi.

Okres międzywojenny
Nie przestano dziergać i po wojnie. W 1921 Edward VIII, wówczas książę Walii, włożył do gry w golfa żakardową kamizelkę, chętnie zakładał również żakardowe swetry, zapoczątkował więc w ten sposób modę na podobny strój. W swych kolekcjach umieściły dzianinę ręczną chociażby Coco Chanel czy Elsa Schiaparelli. Dziergany na drutach ubiór był wygodny, przylegający do ciała, nie krępował ruchów. Wykorzystywano szeroki wachlarz materiałów: wełnę, bawełnę, jedwab, len, wiskozę, a od 1940 również włókna syntetyczne, np. nylon.

Czasy po II wojnie światowej i współczesność
Rozwój został nieco przyhamowany przez II wojnę światową. Po niej znów dziewiarstwo ręczne rozkwitło, ale w dużej mierze zostało wyparte przez ubrania robione maszynowo, tańsze, niemnące się i mniej pracochłonne.
Obecnie moda na dzierganie na drutach wraca jako element trendu eko, czy slow-life. Badania naukowe pokazują liczne korzyści z tej czynności, nazywanej jogą dla mózgu. Pozwala ona na obniżenie poziomu stresu, ciśnienia, poprawienie pamięci, zdolności manualnych, umiejętności matematycznych i logicznego myślenia, a także na pochwalenie się jedynymi w swoim rodzaju przedmiotami, co może być ważne dla osób chcących się wyróżnić, w dobie zalewu rzeczami profilowanymi na masową skalę i pozwala uniknąć powszechnej uniformizacji.
Włóczki obecnie wytwarza się z przeróżnych tworzyw. Może to być sierść zwierząt (wełna owcza, merynosa, alpaki, moher, kaszmir, wełna wielbłądzią), włókna roślinne (bawełna, bambus, len, pokrzywa, trzcina cukrowa) lub sztuczne (poliester, nylon, elastan, akryl).
Jedną z najdroższych włóczek świata jest wełna pozyskiwana z wikunii andyjskiej, żyjącej w Ameryce Południowej. Cena wynika z tego, że wikunii się nie hoduje, a jedynie raz do roku odłapuje i goli dzikie zwierzęta. Motek takiej wełny kosztuje ponad 300 dolarów za 25 gramów, co daje ponad 12 tysięcy dolarów za kilogram.

Źródła:
https://www.bricecjones.com/blog/did-the-ancient-egyptians-wear-socks
I.Turnau, Historia dziewiarstwa ręcznego do początku XIX wieku. Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, 1979.
Druty od A do Z. Wydawnictwo RM, 2018.
L.Peskova, Nauka dziewiarstwa ręcznego *również dla leworęcznych. Wydawnictwo Kultura Życia codziennego, 1986.

sobota, 3 listopada 2018

Schachenmayr Merino

 Witajcie, kochani! Liść opadł, listopad, ogólnie jesień pełną parą, rzekłabym wręcz, że już za moment rozpocznie się zima. Toteż dziś przychodzę z robótką iście zimową oraz włóczką idealną na takie dziergadła.


Merino Extrafine to przepiękna włóczka z wełny merynosiej, produkowana przez niemiecką firmę Schachenmayr w kilku wariantach. Ja dostałam do przetestowania trzy z nich: Merino Extrafine 40, Merino Extrafine Silky Soft 120 oraz Merino Extrafine 285 Lace.


To był główny obiekt moich testów i o nim jestem w stanie powiedzieć najwięcej, bo wydziergałam i próbki, i docelową robótkę, i zdążyłam to wszystko nawet wyprać oraz trochę potestować. 
Włóczka składa się ze 100% wełny merynosów i mierzy 40m na 50g. Producent poleca druty oraz szydełko w rozmiarach 7-8mm. 
Merino Extrafine 40 można prać w pralce na delikatnym programie w temperaturze do 40°C, co jest dość dużym ułatwieniem, a nawet suszyć w suszarce bębnowej.  
Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia, to przede wszystkim polecam wyprać próbkę przed rozpoczęciem obliczeń, ponieważ po praniu dzianina nabiera wielkości. Po drugie, po przyjacielsku radzę dołożyć do prania chusteczki wyłapujące kolor (ja akurat kupuję w markecie z owadem na B), gdyż po namoczeniu do blokowania wodę miałam żółciutką jak kurczaczek.


Ja z naszą czterdziestką pracowałam na drutach 6,5mm i stworzyłam czapkę z pomponem, kupionym na Aliexpress. Jest o tyle fajny, że odpina się do prania. Czapka na dużą, myślę że spokojnie rosłą, męską głowę pochłonęła 3 motki — 150g.
 Dziergało się całkiem przyjemnie, a jedyną niedogodność stanowiło rozwarstwianie się włóczki na nitki składowe. Rozumiem jednak, że taki grubas nie może być nie wiadomo jak mocno skręcony, gdyż byłby sztywny jak sznurek.


Tymczasem robótka, którą z tej włóczki otrzymujemy, jest obłędnie miękka i przyjemna w dotyku. Aż chce się ją miziać. Nie podgryza, będzie więc odpowiednia dla wrażliwców, niemowląt i małych dzieci, panów, którzy jak wiadomo są bardziej delikatni, jeśli chodzi o podgryzanie wełny.
 Jak to merynosek, nitka ma właściwości termoregulacyjne. Gdy na zewnątrz jest ciepło, świetnie odprowadza pot, a doprowadza powietrze, dzięki czemu nie zgrzejemy się, wchodząc w takiej czapce np. do sklepu. Za to gdy jest zimno, idealnie izoluje przed chłodem i chroni nas przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi .


Do czego się nadaje? Moim zdaniem do wszelkiej odzieży: na czapki, kominy, rękawice, grube skarpety, swetry (och, jak będę kiedykolwiek bogata, to zrobię sobie z niej grubaśny sweter, marzenie!), a także na niemowlęce kocyki, śpiworki do wózka, i tak dalej... Robótki przybywa szybko, a efekt jest przecudny.


To kolejna wersja Merino Extrafine. Mierzy 120m/50g i jest mieszanką: 68% wełny merynosa oraz 32% tencel.
Cóż to ten tencel? 
Nazywany jest przyszłością włókniarstwa. Pozyskuje się go z drzew i jest biodegradowalny. Producent chwali się, że chłonie wodę i odprowadza ją do środka włókna ok. 50% lepiej, niż bawełna. Ma właściwości antybakteryjne.
Ten moteczek od poprzedniej wersji, poza grubością oczywiście, odróżnia się dużo większą miękkością, delikatnym włoskiem i przecudnym połyskiem. Skrzy się w świetle, choć nie ma domieszki błyszczącej nitki. Efekt jest bardzo subtelny, ale wspaniały.
Z mojego moteczka aktualnie powstaje Dobroszka od Yellow Mleczyk i coś czuję, że będzie to moja ulubiona zamotka, nie tylko ze względu na wzór, ale właśnie i na włóczkę.
Tak, Silky Soft zdecydowanie wygrywa w konkurencji na moje ulubione Merino Extrafine od Schachenmayr.


No i ostatni moteczek. 100% merino, 285m/50g. Przecudnie cieniowany, od czerni, przez głęboki grafit, po ciemną czerwień, wpadającą w śliwkę. 
 Zaczęłam z niego szal prostym ażurem, ale wychodzi taka pajęczynka, że gotowego spodziewajcie się w przyszłym roku.


To, co łączy wszystkie moteczki, to bardzo dobry skład, piękne, nasycone kolory, cudowna miękkość i jeden ciekawy szczegół:
Easy Start. Początek nitki ze środka złapany jest etykietką, dzięki czemu nie musimy go wygrzebywać i szukać. Niby nic a bardzo cieszy.

Moja ocena to mocna piątka z plusem. Zakochałam się we wszystkich trzech włóczkach, szczególnie w tej z domieszką tencel. Polecam serdecznie na zimowe wyroby dla wymagających jakości dziewiarek, osób delikatnych i malutkich dzieci.

A jaki jest Twój typ, jeśli chodzi o włóczki jesienno-zimowe?

czwartek, 20 września 2018

Ciasteczko Cicibebe


Witajcie, kochani! Gdy tylko pokazywałam gdzieś na grupach czy na fanpage zajawki z tą włóczką, natychmiast pojawiały się pytania, co to za cudo. No więc dziś Wam to cudo przedstawiam!

Motek został wyprodukowany przez tureckiego producenta Kamgarn, a na nasz rynek wprowadza go Galplast. Skład to 100% akrylu, metraż 360m/100g. Producent poleca druty i szydełko w rozmiarze 4mm.

To, co wyróżnia tę włóczkę spośród innych, to przepiękne kolory. Kilka starannie dobranych barw przechodzi jedna w drugą płynnie i przemyślanie. Motek zaczyna się i kończy tym samym kolorem, jednak wiele by ułatwiło, gdyby producent zdecydował się na jeden, a tymczasem w przypadku dwóch motków są to zazwyczaj różne barw i trzeba niestety ciąć, chcąc je połączyć.
Pełną paletę 18 kolorów obejrzycie na stronie producenta (klik).


Włóczka jest ładnie skręcona, nie rozwarstwia się podczas pracy. Skrzypi trochę na drutach i szydełku, niezależnie o tego, z czego są zrobione - taki urok akrylu. Dzięki dość standardowej grubości bez problemu można ją łączyć z innymi włóczkami.


Co polecałabym z niej zrobić? Można coś dla dzieci, ja jednak darowałabym sobie wszystko, co będzie miało bezpośredni kontakt ze skórą malucha, gdyż akryl to włókno sztuczne, nieprzyjazne dla wrażliwej skóry. Za to elementy ozdobne, pluszaki, kosze, maty na podłogę, pledy, czy tak jak u mnie, kocyki do wózka - jak najbardziej.


Równie pięknie wygląda na szydełku, co na drutach, choć trzeba pamiętać, że tą drugą metodą przejścia kolorów będą jeszcze dłuższe, bo wykorzystujemy mniej włóczki.

Nie jesteśmy dżentelmenami, warto więc porozmawiać o pieniądzach ;) Motek włóczki kosztuje ok. 11-13zł za 100g. Moim zdaniem dość drogo, ale być może komuś bajeczne barwy wynagradzają cenę.

Jak dla mnie to ładna włóczka, przyjemna w robocie, jednak niczym specjalnym się nie wyróżnia. Owszem, produkt ciekawy - jak wiele na naszym rynku. No i niestety muszę wbić szpilę, że po praniu i pocieraniu bardzo się mechaci.



A tak z innej beczki: od poniedziałku mały człek idzie do żłobka, a ja na studia. Trzymajcie za niego (i za mnie!) kciuki oraz poratujciie radami, jak przetrwać pierwsze rozstanie tej ogromnej przylepy z mamą.